56 osób zginęło w katastrofie polskiego promu. Tej tragedii do dziś nie wyjaśniono

2026-01-10 5:00

Katastrofa, do której doszło nocą 14 stycznia 1993 r. na Bałtyku, to jedna z największych tragedii w historii polskiej żeglugi morskiej. Wokół przyczyn zatonięcia promu Jan Heweliusz narosło wiele kontrowersji, a temat powrócił ostatnio za sprawą serialu Netflixa.

Szczecin SE Google News

Katastrofa promu Jan Heweliusz

W ostatni rejs ze Świnoujścia do szwedzkiego portu Ystad MF Jan Heweliusz zabrał tiry, wagony kolejowe oraz 64 osoby - 35 pasażerów i 29 członków załogi. Na morzu panowały ekstremalne warunki atmosferyczne - sztorm miał moc huraganu, wiatr osiągał w porywach prędkość 160 km/h, a wysokość fal sięgała pięciu metrów. Zginęło 56 osób z Polski, Węgier, Szwecji, Austrii, Czech i Norwegii, w tym dwoje dzieci. 16 ciał nigdy nie odnaleziono. Uratowało się 9 członków załogi. Tylko oni mieli do dyspozycji specjalne kombinezony ratunkowe, które chroniły przed hipotermią. Nie wszyscy zdążyli je jednak założyć. Temperatura wody w Bałtyku wynosiła tej nocy zaledwie ok. 2-3 stopnie Celsjusza. Kiedy do rozbitków dotarł pierwszy statek ratowniczy, niemiecka „Arcona”, pasażerowie i załoga Heweliusza znajdowali się w lodowatej wodzie od ponad pół godziny. Bez kombinezonów nie mogli przeżyć.

Problemy były już wcześniej

Jan Heweliusz był promem kolejowo-samochodowym. Zbudowany w latach 70. w norweskiej stoczni od początku sprawiał kłopoty. Był mało stateczny. - Założenia projektowe były wadliwe, bardzo łatwo się przechylał - tłumaczy kapitan żeglugi wielkiej Marek Błuś, zajmujący się sprawą zatonięcia Heweliusza od blisko 30 lat. Oficjalnie, do chwili tragedii, prom miał na swoim koncie około 30 wypadków, które zostały odnotowane w dokumentach pokładowych. Dwa razy Heweliusz przewrócił się na burtę w portach. Bliski zatonięcia był już w sierpniu 1982 r., kiedy nieoczekiwanie przechylił się w porcie w Ystad. Tylko nabrzeże uratowało go przed zatonięciem. Kilka razy prom zderzył się z kutrami, miał awarie silników.

Kilka lat przed zatonięciem, w 1986 roku, na pokładzie promu wybuchł groźny pożar, który objął dużą część statku. Jego pospieszny remont wołał o pomstę do nieba. Spalony pokład zalano tonami betonu, co zmieniło środek ciężkości i pogorszyło jeszcze bardziej stateczność promu przyczyniając się później do jego zatonięcia. W dniu katastrofy uszkodzona była też furta rufowa promu, co było efektem uderzenia w betonowe nabrzeże trzy dni wcześniej. Furtę próbowano doraźnie naprawić tuż przed wyjściem w morze.

Ostatni rejs

Problemy promu na jego ostatniej trasie zaczęły 14 stycznia 1993 r. około 3 w nocy, gdy „Jan Heweliusz" mijał Rugię. Przy huraganowym wietrze i 5-metrowych falach statek zaczął się nagle przechylać. Kapitan wykonał zwrot, przecinając linię wiatr. Według kapitana Błusia, Heweliusz był na kursie kolizyjnym z mniejszym, niemieckim statkiem i zgodnie z prawem pierwszeństwa w ruchu morskim, musiał mu ustąpić.

Statek przechylił się jeszcze mocniej, przechyłu nie wytrzymały mocowania ładunku. Wagony kolejowe i ciężarówki zaczęły przesuwać się, potem zrywać z łańcuchów zabezpieczających i przewracać, pogłębiając przechylenie się promu. O godz. 4.10 kapitan nadał sygnał „mayday", o godz. 5.50 „Jan Heweliusz" przewrócił się do góry dnem. Około 11 ostatecznie zatonął.

Na "Heweliuszu" przewożono broń?

Jedną z najbardziej zagadkowych historii wokół zatonięcia promu jest przypuszczalny transport broni. Zainteresowanie MSW było bowiem ponadstandardowe, większe, niż służb zajmujących się sprawami morskimi. Czy na „Heweliuszu" była rumuńska amunicja? Kapitan Marek Błuś nie wyklucza takiego scenariusza. Jak podkreśla - promy w tamtych czasach często służyły do niejawnego przewożenia sprzętu wojskowego na zachód Europy.

Walka o sprawiedliwość trwała latami

Wyrok, jaki zapadł w tej sprawie, odpowiedzialnością za zatonięcie promu obarczał jego kapitana Andrzeja Ułasiewicza, który zdecydował o wyjściu w morze, armatora, „Euroafricę", za dopuszczenie do żeglugi promu w złym stanie technicznym i Polski Rejestr Statków i Urząd Morski w Szczecinie. Bezpośrednią przyczyną tragedii miało być zalanie pokładu samochodowego przez uszkodzoną furtę rufową, co spowodowało utratę stabilności, jednak problemy techniczne i konstrukcyjne osłabiały statek od lat. W 2005 r. rodziny ofiar złożyły skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Trybunał orzekł, że rozpatrujące sprawę izby morskie ze Szczecina i Gdyni były nierzetelne. Nakazał też państwu polskiemu wypłacić rodzinom ofiar odszkodowanie za starty moralne. Mimo to przyczyny katastrofy nie zostały ponownie zbadane.

Wrak promu Jan Heweliusz spoczywa na głębokości 25 metrów, na wschód od niemieckiej wyspy Rugia. Grób kapitana Andrzeja Ułasiewicza znajduje się na Powązkach w Warszawie. Pomnik ofiar katastrofy stoi na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie.

Opracowanie: JS

Sonda
Płynąłeś kiedyś promem do Szwecji?
Tego nie pokazali w "Heweliuszu". Śnieżyca darowała im życie

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki