Spis treści
Mur jak z „Zemsty” i „Samych Swoich”
W Szczecinie powstała właśnie jedna z najbardziej symbolicznych ścian ostatnich lat. Nie ta z betonu, ale ta z emocji. Właściciel działki – Grzegorz Kuderski – po latach prób dogadania się z miastem postawił mur w poprzek ścieżki, z której korzystały setki osób dziennie.
– W dniu 6 marca otrzymałem treść porozumienia, w którym dołożono, że to ja mam sfinansować budowę przejścia pieszego. Na takie rozwiązanie nie mogłem się zgodzić – mówił w rozmowie z portalem wSzczecinie.pl.
Miasto chciało, by to on wybudował pełnoprawny chodnik, wydzielił działkę i przekazał ją za darmo. Do tego dochodziła maksymalna opłata planistyczna przy ewentualnej sprzedaży reszty gruntu. Właściciel uznał, że to za dużo.
Efekt? Mur, który mógłby spokojnie stać obok tego, o który kłócili się Cześnik z Rejentem. Albo w scenie, gdy Kargul z Pawlakiem grodzili swoje pole, bo „granica była, jest i będzie”.
Polecany artykuł:
Urbanistyczna katastrofa północnego Szczecina
Ta historia nie wydarzyłaby się w mieście, które ma logiczną siatkę ulic. Ale północ Szczecina to labirynt ślepych ulic, grodzonych osiedli i braku przejść między miejscami oddalonymi o kilkadziesiąt metrów.
Osiedle Arkońskie, w rejonie ulic Zakole i Wiosny Ludów, powstało jeszcze w czasach PRL. To klasyczna zabudowa z lat 70. i 80., projektowana w zupełnie innych realiach komunikacyjnych.
Z drugiej strony znajdują się deweloperskie osiedla przy ul. Duńskiej, budowane etapami przez ostatnie dwadzieścia kilka lat. Każde z nich powstawało jako osobna inwestycja, często grodzona, bez myślenia o szerszym układzie urbanistycznym.
Problem w tym, że miasto – gdy teren był jeszcze pusty – nie zabezpieczyło korytarzy pod przyszłe drogi i przejścia. Dziś widać tego efekty: osiedla sąsiadują ze sobą „przez płot”, ale nie łączą ich żadne ulice ani chodniki.
Skrót przez prywatną działkę był jedynym sensownym połączeniem. Teraz mieszkańcy muszą chodzić dwa, trzy, a czasem cztery razy dłużej.
Miasto kontra właściciel
Radni miejscy nie kryją oburzenia. Przemysław Słowik pisał w mediach społecznościowych, że mieszkańcy zostali „ukarani” za brak porozumienia, a działania właściciela określił mianem "złośliwości". Tego samego zdania był również radny Andrzej Radziwinowicz.
Ale mieszkańcy… nie są już tak jednomyślni.
W komentarzach pod artykułami wielu z nich broni właściciela:
„To jego teren. Miasto chciało za dużo.”
„Gdyby mnie tak traktowali, też bym zamknął.”
„Miasto od lat ignoruje potrzeby tej części Szczecina.”
Politycy: „Miasto zaspało”
Sprawa trafiła nawet do „Kawiarenki Politycznej” Radia Szczecin.
– Miasto zaspało. Temu problemowi można było zapobiec. Od razu optowałbym za wywłaszczeniem – mówił Adam Kościelak z partii Razem.
– Powinno się usiąść i rozmawiać. Teraz jest tylko jedna wielka kłótnia – oceniał Rafał Kubowicz z Konfederacji.
– To inwestycja celu publicznego. Kluczowe jest zapewnienie przejścia dla mieszkańców – podkreślał Marek Duklanowski z PiS.
Miasto przyjęło już plan miejscowy, który przeznacza fragment działki pod publiczne przejście. To otwiera drogę do wykupu lub wywłaszczenia.
Mieszkańcy: „Najgorzej mają ci, którzy muszą chodzić naokoło”
Ci, którzy codziennie korzystali ze skrótu, są najbardziej poszkodowani. Jak twierdzą, codziennie przechodziły tędy setki osób - młodszych i starszych, m.in. w kierunku przystanku autobusowego czy sklepów Netto i Biedronka. Teraz będą musieli pokonywać większy dystans - dookoła i często pod górę i w dół.
Dla wielu to nie tylko kwestia wygody, ale realnego utrudnienia życia: dojście do sklepu, szkoły czy autobusu wydłużyło się kilkukrotnie.
Kto ma rację?
Sprawa skrótu między Arkońskim a Duńską to przykład konfliktu, w którym trudno jednoznacznie wskazać stronę mającą „więcej racji”. Właściciel działki broni swojego prawa i nie zgadza się na warunki, które uznał za zbyt daleko idącą ingerencję miasta. Z kolei miasto podkreśla konieczność zapewnienia mieszkańcom przejścia i powołuje się na interes publiczny.
Ale jest jeszcze jeden, głębszy problem: gdy te tereny nie były jeszcze zabudowane, miasto nie zabezpieczyło korytarzy pod przyszłe szlaki komunikacyjne, zarówno drogowe jak i piesze. Dziś widać tego efekty – osiedla sąsiadują ze sobą „przez płot”, ale nie łączą ich żadne ulice ani chodniki. W takiej urbanistycznej pułapce każdy konflikt o prywatny teren staje się bombą z opóźnionym zapłonem.
A najbardziej cierpią ci, którzy nie zawinili w niczym: mieszkańcy, zmuszeni teraz do pokonywania wielokrotnie dłuższej drogi, bo miasto i właściciel nie potrafili się porozumieć.
