Spis treści
Dramat na pastwisku i podejrzenie postrzału
Przypomnijmy, koń został znaleziony martwy na pastwisku w gminie Maszewo. Właściciele informowali w mediach społecznościowych, że na jego ciele znajdowała się rana w okolicy słabizny, która ich zdaniem mogła wskazywać na postrzał. Twierdzili również, że sprawdzili miejsce obrażeń wykrywaczem metalu, a urządzenie miało sygnalizować obecność metalowego przedmiotu.
Opiekunowie zwierzęcia w emocjonalnym tonie opisywali swoje zastrzeżenia do przebiegu sekcji zwłok oraz działania służb. Krytykowali m.in. opóźnienia związane z badaniem zwierzęcia i wyrażali obawy dotyczące rzetelności postępowania.
Prokuratura: przyczyną śmierci była infekcja
Wyniki przeprowadzonej sekcji zwłok okazały się jednak inne od początkowych przypuszczeń właścicieli.
– Ze wstępnej opinii wynika, że przyczyną śmierci konia była infekcja. Pełen raport ma być gotowy za kilka tygodni – powiedziała Julia Szozda z Prokuratury Okręgowej w Szczecinie w rozmowie z "Głosem Szczecińskim".
Jak wynika z informacji przekazanych przez prokuraturę, nie potwierdzono, by do zwierzęcia strzelano. Rana, która wzbudziła podejrzenia właścicieli, miała mieć charakter powierzchowny.
Właściciele potwierdzają: nie znaleźliśmy żadnego pocisku
Również sami właściciele opublikowali w poniedziałek nowe oświadczenie na Facebooku. Poinformowali w nim, że uczestniczyli w dodatkowych oględzinach ciała konia, które odbyły się w asyście policjantów z Goleniowa oraz lekarza weterynarii przeprowadzającego wcześniej sekcję zwłok.
Jak opisali, w oględzinach brał udział specjalista dysponujący dwoma wykrywaczami metalu, a także lekarka weterynarii gotowa przeprowadzić badanie RTG, gdyby pojawiły się wskazania do jego wykonania.
„Tym razem żaden z wykrywaczy nie wskazał, aby w ciele konia znajdowało się coś metalowego. Detektorem badaliśmy korpus konia oraz jego organy, które zostały wcześniej wyjęte z ciała do sekcji. W związku z brakiem jakichkolwiek sygnałów z detektorów nie wykonywaliśmy zdjęć RTG”
– czytamy we wpisie.
Opiekunowie przyznali jednocześnie, że nie potrafią wyjaśnić, dlaczego bezpośrednio po odnalezieniu konia jeden z wykrywaczy metalu wskazywał obecność metalu w okolicy rany, podczas gdy późniejsze badania nie wykazały niczego podobnego.
„Wydaje nam się jednak, że zrobiliśmy już wszystko, co mogliśmy, aby dowiedzieć się jak najwięcej i spróbować znaleźć odpowiedzi na dręczące nas pytania”
– podkreślili, dziękując internautom za okazywane wsparcie.
Emocje przysłoniły fakty
Trudno nie zrozumieć emocji właścicieli. Sami wielokrotnie podkreślali, że koń był dla nich członkiem rodziny, a jego śmierć była ogromnym ciosem. Każdy, kto stracił bliskie zwierzę, wie, jak wielki to ból.
Jednocześnie najnowsze ustalenia pokazują, że emocje nie zawsze są dobrym doradcą. W pierwszych dniach po ujawnieniu sprawy w przestrzeni publicznej pojawiło się wiele bardzo poważnych oskarżeń pod adresem policjantów, prokuratorów, lekarza weterynarii oraz osób uczestniczących w postępowaniu. Tymczasem zarówno wstępne wyniki sekcji zwłok, jak i późniejsze oględziny przeprowadzone z udziałem samych właścicieli nie potwierdziły najważniejszej tezy o postrzeleniu zwierzęcia.
Na ostateczne wyniki trzeba jeszcze poczekać
Postępowanie wciąż trwa, a śledczy czekają na końcową opinię biegłego weterynarii. Już dziś jednak wiele wskazuje na to, że tajemnicza śmierć konia nie była skutkiem działania człowieka. Według wstępnych ustaleń przyczyną zgonu była infekcja, a nie rana postrzałowa, której obawiali się właściciele zwierzęcia.